Całkiem niedawno pisaliśmy o „geniuszach” wyłudzeń, którzy chcieli zwrócić 160 milionów PLN za rzekomo sprzedane obrazy. I wiecie, co jest najśmieszniejsze w tej całej sytuacji? Ano to, że gdyby byli nieco bardziej ogarnięci i mniej chciwi, to… to cała operacja mogła się udać, przynajmniej hipotetycznie. Ale po kolei…

Prześledźmy najpierw stan faktyczny: dwóch członków „gangu Olsena” maluje sobie totalnie amatorskie obrazy (co zostało dowiedzione w toku ekspertyzy, zgodnie z artykułem), a następnie wystawiają faktury na astronomiczną, jak na polski rynek sztuki, kwotę 2 miliardów PLN, która musi, no po prostu musi wzbudzić podejrzenia. Co więcej, też zgodnie z artykułem, prace autora „arcydzieł” nie były notowane w żadnym z rankingów wycen na portalach aukcyjnych polskich oraz międzynarodowych. Czyli totalna amatorka pod względem spreparowania wiarygodności.

A teraz gdyby tak na miejscu amatorskich obrazów znalazły się profesjonalne…? O, to już polepsza nieco sytuację. Skąd jednak wziąć taki obraz, skoro samemu się nie maluje? Odpowiedź jest banalnie prosta: wynająć jakiegoś studenta ASP, który za kilka stówek namaluje całkiem fajne dzieło. Tak po prostu. Potem trzeba by dogadać się z jakąś podupadającą galerią sztuki (a takich nie brakuje, bo sztuka to ciężki biznes), żeby wyceniła obrazy na, powiedzmy, 100 tys. PLN sztuka. Wyceny takie zaczęłyby się pojawiać na różnych portalach i nie byłoby łatwo podważyć ich wiarygodność – w każdym razie nie tak łatwo, jak w przypadku rzeczywistym. Co więcej, wystarczyłoby wykupić też od czasu do czasu jakiś artykuł sponsorowany typu „wywiad ze wschodzącą gwiazdą polskiego malarstwa” i znów poziom wiarygodności wzrasta. Szacunkowy koszt zbudowania takiego całkiem wiarygodnego fejka to +- 20 tys. PLN w górę, a więc stosunkowo niewiele. I teraz podejrzani mogliby spokojnie sprzedawać po kilka takich obrazów miesięcznie i mieć z VATu po 20-30 tys. PLN (z czego powiedzmy połowa poszłaby na koszty, tj. opłacenie współpracującej galerii i wykonawców), a tak małe kwoty zwrotów nie budziłyby podejrzeń – zwłaszcza, gdyby występować o nie w dużych miastach typu Warszawa, gdzie jest tak duży przemiał faktur, że w zasadzie nikt wszystkiego nie ogarnie. Ok, milionów by na tym nie zarobili (przynajmniej na początku), ale mogliby zgromadzić całkiem sporą sumę na inwestycje.

Oczywiście są to rozważania teoretyczne i tak wykonany plan nie musiałby się wcale udać, ale z pewnością miałby wielokrotnie większe szanse powodzenia, niż to, co odje… – pardon – odstawili niedoszli VAT-owcy. A na koniec wisienka na torcie: obaj panowie przed wprowadzeniem akcji w życie byli widziani na kursie dotyczącym zasad prowadzenia działalności gospodarczej i rejestracji podatku VAT. No i jeśli szkolili tam też z zasad zwrotu VAT-u, to mamy propozycję dla firmy szkolącej: weźcie wy się lepiej zamknijcie, bo tylko mieszacie ludziom w głowach (czego efektem jest być może cała ta afera z obrazami.)